Mystery Train – 1989

7427971.6

Reżyseria: Jim Jarmusch

Scenariusz: Jim Jarmusch

Produkcja: Japonia, USA

Gatunek: dramat, komedia kryminalna

Moja ocena: 7/10

Film obejrzany w ramach Projektu Kino.

Czasem trudno zdecydować mi się na punktową ocenę filmu. W tym przypadku (już nie pierwszy raz) przydały by mi się połówki. Wtedy obok filmu Mystery Train było by 7.5. Ponieważ przy zakładaniu mojego bloga zamierzyłem, iż oceniać będę w skali od 1-10 pełnymi cyframi film, który opisuje dostaje 7.  Jim Jarmusch jest twórcą, którego nazwisko zawsze było mi znane, wiedziałem że osoby interesujące się kinem cenią tego autora i jego twórczość. Ja osobiście obejrzałem może ze dwa jego filmy, i nie jestem jego zapalonym fanem. Jednak, szczerze film Jarmuscha z 1989 roku naprawdę mi się podobał.

Mystery Train mamy do czynienia z trzema, na pierwszy rzut oka odrębnymi historiami, mającymi miejsce tej samej nocy oraz połączonych wspólnym mianownikiem jakim jest niewielki motel Arkadia w Memphis. Wszystkie historie spaja również postać Elvisa Presleya. Akt pierwszy czyli Daleko od Jokohamy, to opowieść o specyficznej parze młodych ludzi. Rozgadana Mitsuko (Youki Kudoh) i milczący, popalający papierosa Jun, tworzą bardzo interesujący duet, który bez pośpiechu zwiedza miasto Elvisa. Druga część (najmniej przypadła mi do gustu) to Duch. Historia dwóch kobiet, w tle znowu nieśmiertelny Elvis. Na koniec prawdziwy rarytas, odsłona zatytułowana jako Zagubieni w kosmosie. Dla zachęty zdradzę tym, którzy są jeszcze przed seansem, że występuje w tej części, jeszcze młody, jeszcze nie zmęczony życiem Steve Buscemi jako fryzjer Charlie.

joker

Film jest przyzwoicie zagrany, pod względem aktorskim najbardziej podobała mi się pierwsza część. Również bardzo ciekawie zagranymi postaciami jest dwójka recepcjonistów z hotelu Arkadia. Cała produkcja ma też swój klimat, który pomimo tego, iż film jest rozmyty i nie do końca jasny, bardzo wciąga widza i powoduje że spotkanie z Mystery Train jest czymś przyjemnym. Pomimo kilku humorystycznych elementów obraz Jarmuscha nie napawa optymizmem. Jeżeli miałbym całościowo napisać o czym jest ta produkcja, to wydaje mi się, że o monotonii, nudzie pewnym marazmie, który marnuje dni naszego bezcennego, krótkiego i jedynego życia.

Aby zrozumieć film wystarczy posłuchać słów piosenki Mystery Train, którą wykonuje król Elvis. Spokojna, usypiająca, zapętlająca się wciąż melodia i tekst . . .

Produkcja, którą krótko dzisiaj przybliżyłem, może nie przypaść wszystkim do gustu, chwilami jest aż za spokojnie, na granicy nudy. Jednak mnie i tak wciągnęła fabuła, przeżyłem podróż w niezwykłym klimacie.  Polecam ten film. P.S. Możecie zagłosować na mój blog w konkursie blog roku. Wystarczy wysłać sms o treści E00084 na numer 7122 więcej informacji tutaj.

Atlas chmur ( Cloud Atlas ) – 2012

7492738.6

Reżyseria: Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski

Scenariusz: Reżyseria: Tom Tykwer, Lana Wachowski, Andy Wachowski

Produkcja: Hongkong, Niemcy, Singapur, USA

Gatunek: dramat, sci-fi

Moja ocena: 8/10

Jeżeli film ten nie zgarnie wszystkich możliwych nagród za charakteryzację, to będzie to wielkie niedopatrzenie i niesprawiedliwość, bo pod tym względem bije Atlas chmur na łeb i szyje inne produkcje z 2012 roku. Jak napisał jeden z użytkowników znanego portalu filmowego „tyle się dzieje, że aż głowa puchnie”. Słowa te bardzo trafnie oddają to z czym mamy do czynienia podczas seansu. Oczywiście moje oczekiwania względem tego tytuły były duże, przez ludzi, którzy podjęli się reżyserii i pisania scenariusza. Tom Tykwer, którego Pachnidło jest moim filmem numer 1, filmem najukochańszym przy współpracy z duetem braci, wróć! rodzeństwem Wachowskich musiał stworzyć coś wyjątkowego i dobrego. Tak się stało, Atlas chmur jest ciekawym, kombajnem filmowym, który pomimo znacznej długości ogląda się bez mrugnięcia oka.

Fabuła jest nieco skomplikowana, wydarzenia mają miejsce w sześciu różnych epokach, ale wszystkie są w pewien sposób połączone. Trudno zarysować w jednym zdaniu o czym jest to film, ale próbując można napisać, że o tym jak nasze zachowanie, decyzje, wybory i czyny mogą wpływać na teraźniejszość i przyszłość. Zresztą zacytuję jedno ze zdań, które pojawia się w filmie. „Czym byłby ocean? Bez dużej ilości kropel”.

Każda z historii, ma miejsce w innych czasach, biorą w niej udział różni bohaterowi, mamy tutaj do czynienia z gwałtownymi przeskokami między wydarzeniami i epokami co początkowo wprowadza małe zamieszanie. Z czasem wszystko staje się spójne i zrozumiałe. Aktorzy, którzy wystąpili w filmie grają po kilka różnych postaci, które często wiele łączy. Każda postać jest zagrana bardzo dobrze, starannie i precyzyjnie, z sercem i pełnym zaangażowaniem. Weźmy chociaż takiego Hugh Granta, który kojarzył mi się z komedyjkami romantycznymi na słabym poziomie. Postać Wodza Kony, w którą między innymi się wcielił jest fantastyczna ! Jest to oczywiście po części zasługa charakteryzacji, ale najwięcej jak zwykle zależy od aktora. Rewelacyjny Tom Hanks we wszystkich swoich wcieleniach hipnotyzuje widza skacząc z dobrego Zachariasza, aby w mig przemienić się w perfidnego złodzieja. Hugo Weaving – mistrzostwo świata, jego Stary Georgie wymiata, zresztą zobaczcie sami. Kurcze ktoś kto zajmował się doborem ekipy aktorskiej wybrał idealnych ludzi do zaplanowanych ról. Ben Whishaw, mój wspaniały szaleniec ze wspomnianego już Pachnidła ponownie zagrał tak, iż nie można od jego gry oderwać wzroku, każdy gest, ruch i słowo postaci przez niego zagranych pozwala się rozkoszować geniuszem tego aktora. Poza tym Halle Berry, Jim Strugess, Susan Sarandon i wielu innych. Jest też poczciwy Jim Broadbent, którego Timothy Cavendish potrafi rozbawić i wzruszyć. Pomimo tego iż aktorzy grają po kilka postaci, to każda zagrana przez jednego z nich, jest odmienna i charakterystyczna.

Sam obraz w filmie jest potężny pełen przepychu, niezwykle barwny i efektowny. Produkcja jest dopracowana w niemalże każdym szczególe.  Atlas chmur to piękny film, który też wiele wymaga od widza, musimy być skupieni i uważni. Po seansie byłem zmęczony ale zachwycony i bardzo zadowolony. Na koniec znów powróciło do mnie pytanie o sens mojej, naszej egzystencji, ale po chwili analizy nad filmem, uspokoiłem swoje wątpliwości.

Reasumując film jest bardzo dobry, godny polecenia i uwagi, fenomenalne efekty specjalne, rozmach, wysokiej klasy gra aktorów, rewelacyjna charakteryzacja, to wszystko składa się na porządne kino i nawet filozoficzne rozważania nie są wtedy tak bardzo uciążliwe.  Ze spokojem polecam.

Rzeź ( Carnage ) – 2011

7422452.6

Reżyseria: Roman Polański

Scenariusz: Roman Polański, Yasmina Reza

Produkcja: Francja, Hiszpania, Niemcy, Polska

Gatunek: dramat, komedia

Moja ocena: 9/10

Początek roku. Drugi lub trzeci film, który widziałem w 2013 i już tak mocne pierdolnięcie. Co prawda film miał swoją premierę w 2011, ale ja sięgnąłem po ten tytuł dopiero teraz. I żałuje tylko jednego, dlaczego tak krótko. Kiedy już rozsmakowałem się w Rzezi, nagle reżyser postanowił mi wyrwać z ust pyszny kawałek tortu. Tak czy inaczej 1 godzina i 19 minut z tym filmem, to był prawdziwy pokaz aktorski, reżyserski oraz popis scenarzystów.

Film  przedstawia nam spotkanie dwóch nowojorskich par. Syn jednego z duetów uderzył dotkliwie syna drugiej pary i to właśnie zdarzenie jest istotą spotkania obu małżeństw. Początkowo spokojna rozmowa dorosłych ludzi przeobraża się w słowną walkę, gdzie nieoczekiwanie zaczynają się spierać  mężowie z własnymi żonami i na odwrót, a nie tylko obce pary. W Rzezi, która porusza bardzo poważne problemy, znaleźć możemy również wiele groteskowego humoru i zabawnych scen. Reżyser i aktorzy świetnie krok po kroku budują napięcie. Choć końcówka filmu przebija balon z powietrzem, to samo zakończenie obnaża słabości oraz brudy dorosłego życia. Problem, z którym rodzice nie mogą sobie poradzić, i który napsuje im wiele krwi, dzieci potrafią rozwiązać szybko i bez zbędnego dochodzenia winowajcy, osądzania, wytykania sobie wad i innych niedoskonałości. Jeżeli zgoda, to po prostu bez ustaleń, bez oczekiwań.

Pomimo umieszczenia Rzezi w m.in. kategorii komedia, ja nie chce na siłę nazywać tego filmu komedią. Owszem jest tutaj sporo zabawnych scen, ale są one tylko osłoną dla bardzo ważnych spraw, które ze śmiechem w życiu nie mają wiele wspólnego. Muszę koniecznie wspomnieć również o scenarzystce Yasminie Reza, autorce sztuki na podstawie, której Polański wyreżyserował film. Francuska aktorka i dramatopisarka napisała Boga mordu, na kanwie której powstała produkcja w 2006 roku. Jej zaangażowanie w napisanie scenariusza do filmu przyniosło wiele dobrego.

Aktorsko film jest wspaniałym koncertem, bez słabych punktów. Każdy z pośród czwórki głównych aktorów, wzniósł się na wyżyny swoich możliwości i wręcz z teatralną precyzją przedstawił nam swoje role. Nie chcę nikogo wywyższać ale gra Jodie Foster, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Co prawda wiedziałem, że można się po niej wiele spodziewać, wiedziałem jak zagrała w Milczeniu owiec, ale tutaj była CUDOWNA, WSPANIAŁA ! ! ! Pokazała, że z pozoru spokojna i opanowana Penelope Longstreet, potrafi być uszczypliwa, a nawet potrafi porządnie się wkurwić. Kate Winslet, która jest jedną z moich ulubionych aktorek również zagrała świetnie, chociaż w jej przypadku odniosłem wrażenie, że choć nie wiele się starała to i tak jej geniusz i talent spowodował, że postać Nancy Cowan jest rewelacyjnie zagrana. Sama Kate Winslet piękna. Jest to kolejny film, który przekonuje mnie do talentu Johna C. Reilly`ego. Od czasów jego debiutu u boku Roberta De Niro w filmie Neila Jordana  We`re no Angels, trzyma wysoki poziom. W końcu Christoph Waltz, którego zawsze będę pamiętać z Bękartów wojny, w których przyćmił kilku aktorów, również w tej produkcji nie zawiódł. Jest dobry, bardzo dobry. Jako ciekawostkę dodam, że epizod a mianowicie Zacharego Cowana zagrał Elvis Polanski.

Podsumowując mamy tutaj świetne studium człowieka, tego jak z pozoru łatwa rozmowa może przemienić się w kłótnie. Znowu podkreślę, że aktorsko film jest wspaniały, akcja rozgrywa się bardzo naturalnie i płynnie. Rzeź ani przez moment nie nudzi, wręcz przeciwnie jest ogromnym magnesem. Teraz marzę aby historię tą zobaczyć na deskach teatru. Na koniec powiem, że nie zgadzam się z zarzutami, iż przez zamknięcie całej historii w czterech ścianach i oparciu w dużej mierze obrazu na dialogach tytuł ten nie nadaję się na kina. Drodzy oponenci nie wiem kto ma rację . . . ale mylicie się na pewno wy ;). Polecam, polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Jestem ciekawy jak wy oceniacie ten film ? Pozdrawiam i zdradzę, że szykuje kolejną recenzję również bardzo bardzo pozytywną. Hej !

Wywiad z wampirem ( Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles ) – 1994

7314657.3

Reżyseria: Neil Jordan

Scenariusz: Anne Rice

Produkcja: USA

Gatunek: dramat, horror

Moja ocena: 8/10

O istnieniu tego filmu wiedziałem od dawna. Nie wiem dlaczego dopiero teraz sięgnąłem po ten tytuł, ale jak to się mówi lepiej późno niż wcale. Muszę przyznać, że film ten spełnił moje wszelkie oczekiwania a co więcej, jest jednym z lepszych obrazów jakie oglądałem w ostatnim czasie.

Wywiad z wampirem to historia Louisa de Point du Lac`a (Brad Pitt), który dziennikarzowi Malloyowi (Christian Slater) opowiada historię swojego życia. Louis po śmierci swojej żony, traci wszelką chęć do życia, bardzo cierpi i na niczym mu nie zależy. Sytuację tą wykorzystuje samotny wampir Lestat de Lioncourt (Tom Cruise), który postanawia przemienić nieszczęśnika i tym samym zdobyć współtowarzysza.

Film powstał w 1994 roku a pomimo tego wizualnie i nie tylko zostawia w tyle wiele nowych i najnowszych produkcji, nie tylko o perypetiach wampirów. Mamy w tym dziele wszystko, od wspaniałej bardzo drobiazgowej i przekonywującej charakteryzacji, przez rewelacyjne, pierwszorzędne kostiumy autorstwa mistrzyni tej dziedziny Sandy Powell, aż po rewelacyjną spójną i niezwykle ciekawą fabułę, której scenariusz stworzyła autorka książki, której film jest adaptacją. Stroje Sandy Powell przenoszą nas w 1791 rok, który obfituje w najwspanialsze, stylowe kreacje. Reżyser Neil Jordan, zadbał o każdy szczegół, a w miarę spokojną i nieprzesadzoną historię ogląda się bez mrugnięcia oka. Każda minuta filmu sprawiała mi nie lada przyjemność.

Czym byłby film bez aktorów ? Zacznę od moim zdaniem najlepszej kreacji w Wywiadzie z wampirem a więc od Lestata, którego zagrał absolutnie świetny Tom Cruise. W dużej mierze to iż jego rola zasługuje na najwyższe uznanie, może być zasługą charakteryzacji, lecz sposób wypowiadania się wampira, jego mimika, spojrzenie w którym znajdziemy cierpienie, zło i szaleństwo to już wyłącznie zasługa samego Cruisa. Jego bohater jest bardzo, bardzo dobrze zagrany wręcz teatralnie. Pozytywnie zaskoczył mnie również Christian Slater, jako młody dociekliwy dziennikarz. Wydaje mi się, że w dalszych produkcjach nie widać jego potencjału, tutaj wykazał się niezwykłym talentem i umiejętnościami. Tak na marginesie, jeżeli znasz jakiś film z tym aktorem, który możesz mi polecić, to bardzo proszę o wpisanie tytułu w komentarzu. Mamy jeszcze dystyngowanego Armanda. W tej roli Antonio Banderas, który wcale nie odstaje od wysokiego poziomu aktorstwa w tym tytule. Chwilami zła i zepsuta młoda wampirzyca, która momentami wydaje się być bardzo bezwzględna, to zasługa młodziutkiej i bardzo przekonywującej Kirsten Dunst. Na koniec zostawiłem sobie głównego bohatera w którego wcielił się Brad Pitt. Jestem jego fanem, uważam go za jednego z lepszych aktorów moich czasów i także w tym filmie zagrał bardzo przyzwoicie, ale mam wrażenie, że jako jedyna w tym filmie, jego postać była odrobinkę sztuczna, szczególnie w  scenach, w których dominowały w nim cechy wampira. Jak się teraz zastanowiłem to sceny, w których pomimo swojej natury, już jako wampir przejawiał ludzkie uczucia, był wrażliwy są bez dwóch zdań zagrane rewelacyjnie.

Wywiad z wampirem polecam każdemu kinomanowi. Jest zupełnie inny od serii Underworld, której jestem zagorzałym fanem a pomimo tego bardzo mi się podobał, nie jest kiczowaty jak seria Zmierzch. Jest za to oryginalny, wyjątkowy, pełen specyficznego klimatu. Dla takich filmów watro poświęcać swój czas. A Wy widzieliście już ten film ?

Musimy porozmawiać o Kevinie (We Need to Talk About Kevin) – 2011

 

7466167.3

Reżyseria: Lynne Ramsay

Scenariusz: Lynne Ramsay, Rory Kinnear

Produkcja: USA, Wielka Brytania

Gatunek: dramat, thriller

Moja ocena: 7/10

W ubiegłym roku wieszczono komercyjny sukces tego filmu, było dużo o tym tytule w telewizji, prasie i radiu. To nadmierne nawoływanie do pójścia na tą produkcję, początkowo mnie zniechęciło. Po upływie czasu, postanowiłem jednak sięgnąć po film szkockiej reżyserki. Jak to się mówi lepiej późno niż wcale. Nie żałuje, że poświęciłem swoją 1 godzinę i 50 minut na Musimy porozmawiać o Kevinie, bo obraz ten jest wart znacznie dłuższej uwagi, niż moje marne parę chwil.

Film jest swego rodzaju układanką, której elementy powoli, cały czas są składane aby w końcu ułożyć się w jedną spójną, choć pozostawiającą wiele pytań całość. Scenariusz i cała historia przedstawiona nam jest w formie wspomnień głównej bohaterki Evy (Tilda Swinton). Kreśląc ogólnie fabułę, ten bardzo ciekawy film opowiada nam historię trudnego i nieszczęśliwego życia matki Kevina (Ezra Miller), który od najmłodszych lat świetnie manipuluje otoczeniem, a samej matce skutecznie uprzykrza życie. Nad Kevinem nie ma w zasadzie żadnej kontroli, co powoduje iż życie jego matki zamienia się w prawdziwy koszmar, tragedię która łapie widza za serce, a mi samemu nakazała przez cały film trzymać stronę Evy. Chociaż wydaje mi się, iż sama Eva od pierwszych chwil życia Kevina, po prostu nie darzyła go takim uczuciem jak większość matek swoje dzieci. Może w ogóle go nie kochała . . .  Ciężko być obiektywnym, gdyż postać Kevina i cała historia jest przedstawiona z perspektywy matki i to jej odczucia narzuciły mi sposób myślenia o tym filmie a co za tym idzie wnioski.

Jest w tym tytule kilka scen, które mocno zapadają w pamięć, nie chce za wiele zdradzać ale sami się zorientujecie o które ujęcia mi chodzi :). Bardzo wkurzyło mnie nastawienie ludzi do Evy, która jeżeli w ogóle była, to na pewno w niewielkim stopniu odpowiedzialna za zachowanie swojego syna. Największym atutem tego filmu jest sposób w jaki opowiedziana jest na cała historia. Ciągłe retrospekcje coraz mocniej pozwalają odczuć ból, który doskwiera matce. Uważam, że rola Tildy Swinton w tym filmie jest jedną z jej najlepszych, fantastyczna charakteryzacja a także inwencja aktorki to mistrzostwo. Patrząc na twarz Evy widzimy, jak bardzo jest zmęczona i wykończona przeszłością, jak bardzo jest samotna i jak bardzo cierpi. Również kreacja młodego Millera, świetnie pokazuje charakter, powiem mało dosadnie „trudnego” dziecka. Na drugim planie jest jeszcze ojciec Kevina (John C. Reilly), którego postawą odebrałem jako bierną i bagatelizująca wszelkie sygnały, że z synem jest coś nie tak.

Największe plusy filmu to przejmująca opowieść oraz gra pierwszoplanowej dwójki aktorów. Małym mankamentem jest jednostronne przedstawienie wydarzeń, co trochę utrudnia odbiór, ale od czego mamy wyobraźnię i własne zdanie. Prawda ? Musimy porozmawiać o Kevinie to ważny film, pokazujący do tej pory nieafiszowaną, dramatyczną relację na linii rodzic – dziecko. Zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł. 

 

 

 

Chuligani (Neds) – 2010

 

7495039.6Reżyseria: Peter Mullan

Scenariusz: Peter Mullan

Produkcja: Francja, Wielka Brytania, Włochy

Gatunek: Dramat

Moja ocena 7/10

 

Ze względów na swoje życie mogłem ten film potraktować zbyt osobiście, ale skoro podczas seansu, kilkakrotnie zmusił mnie do rachunku sumienia i wywołał poczucie wstydu to twórca chyba osiągnął swój cel a co za tym idzie  – obraz jest bardzo udany. Reżyser Peter Mullan stworzył takie filmy jak choćby Osieroceni czy głośne Siostry Magdalenki. Jako ciekawostkę dodam, że autora można postrzegać bardziej jako aktora bo oprócz roli ojca Joe`go w opisywanym filmie, mężczyzna wystąpił m.in. w Czasie wojny, Braveheart – Waleczne Serce, Trainspotting, Jestem Joe, Infiltracja, Harry Potter. Mullan w wielu swoich filmach poruszał problemy związane z uzależnieniami oraz szeroko rozumianym nieszczęściem i jak sam przyznał często czerpał z własnych doświadczeń.

Chuligani to fabuła osadzona w latach 70 XX wieku w Szkocji. Głównym bohaterem jest Joe McGill (Conor McCarron), który pod wpływem bardzo wielu czynników staje się złym człowiekiem. Nie sugerujcie się tytułem, Joe nie zostaje zwykłym chuliganem, chłopak staje się bezwzględnym typkiem, który posuwa się naprawdę daleko. W tym tytule reżyser pokazuje nam również historię „chuliganki” jako zjawiska społecznego, sposobu na życie, które w ówczesnych latach było bardzo popularne w Wielkiej Brytanii, a wyspiarscy chuligani znani byli na całym świecie. Mullan obnaża gorzką prawdę o naszym bycie, o człowieku. Pokazuje jak, rodzina, życiowe losy, używki i własne wybory mogą zmienić życie dobrej istoty. Reżyser schemat postępowania głównego bohatera, oraz wszystkie czynniki wpływające na jego zachowanie przedstawił dość podręcznikowo, co w tym przypadku jest akurat zaletą. Zakończenie było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Zgadzam się z Mullanem, że czasem jest niestety za późno na zmiany. Autor opowiadając nam historię nie kalkuluje, od Chuliganów wieje chłodem, jest to film bardzo przygnębiający i smutny. Miałem trzy fazy emocjonalne podczas oglądania. Na początku miałem frajdę z zachowania Joego i jego kompanów, później byłem przerażony aby w końcu się po prostu zasmucić. Uważam, że tą produkcję powinien zobaczyć każdy nastolatek, ponieważ konsekwencje czynów zaprezentowanych w filmie są tragiczne i bardzo daleko idące, dlatego można obraz ten potraktować jako przestrogę. Chociaż uznanie Chuliganów tylko jak filmu szkoleniowego byłoby bardzo niesprawiedliwe. Mamy tutaj bardzo dobry scenariusz, ciekawe zdjęcia, które przenoszą nas do Glasgow w latach 70. Najbardziej aktorsko podobali mi się reżyser Mullan jako pan McGill oraz sam Joe, którego zagrał McCarron. Ten drugi bezbłędnie potrafił przekazać mi przemiany jakie w nim zachodziły, oraz poczuć nastrój w jakim w danej chwili się znajdował. Brawa również za stroje.

Chociaż początek filmu zapowiadał średnie widowisko, to po upływie kilku scen , krew w moich żyłach zaczęła wariować i nawet kiedy dopadł mnie ponury nastrój (co wywołał właśnie film) byłem przykuty do fotela aż do napisów końcowych. Polecam. Myślę, że  powinien się spodobać.

 

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (Moonrise Kingdom) – 2012

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson, Roman Coppola

Produkcja: USA

Gatunek: komedia, dramat

Moja ocena: 6/10

Kochankowie z księżyca to pierwszy film Wesa Andersona jaki przyszło mi zobaczyć. Z perspektywy tego tytułu muszę przyznać, że reżyserko jest to bardzo staranna i solidna produkcja. Największe wrażenie w filmie zrobiły na mnie zdjęcia i montaż. Gdybym oceniał filmy tylko pod względem technicznym to ta opowieść otrzymałaby ode mnie znacznie wyższą ocenę. Przed seansem byłem rozochocony wieloma recenzjami, które prawie, że w większości rozpływały się nad geniuszem Wesa Andersona i tego filmu. Moje spotkanie z Moonrise Kingdom nie było aż tak cudowne, ale na prawdę przyjemne. Ostatecznie było całkiem, całkiem nieźle.

Film opowiada nam historię osadzoną w latach 60. Sam (Jared Gilman) oraz Suzy (Kara Hayward)  – dzieciaki mieszkające na wyspie New Penzance, postanawiają uciec z domu. Chłopak to sierota, której rodzina zastępcza chce się pozbyć. Dzieciak ma talent malarski i jest bardzo zaradny. Suzy to kochająca książki dziewczyna, która nie potrafi sobie poradzić ze swoimi emocjami, przez co często nie panuje nad swoim zachowaniem w, ma napady agresji. Potrafi na przykład wbić innemu dzieciakowi nożyczki w plecy. Para, która chciałaby szybko dorosnąć, ponieważ świat który ich teraz otacza nie jest dla nich przyjazny, w swoim towarzystwie czuje się bardzo dobrze. Oboje akceptują siebie bez wyjątków. Sam uciekając, swoją przygodę zaczął od dezercji z obozu harcerskiego, którym kierował harcmistrz Ward (Edward Norton). Typ jest niezły, popalając papierosa, przewodzi grupie harcerzy, którzy mają dopiero po kilka, maksymalnie kilkanaście lat. Swoją drogą niezły przykład ;). Oprócz niego w poszukiwania uciekinierów włącza się miejscowy szeryf – kapitan Sharp – Bruce Willis, który bardzo mile mnie zaskoczył. Po roli w Looperze tutaj udowodnił, że jest wielki. Aż mi głupio, że w niego zwątpiłem. Matkę Suzy, która z domownikami komunikuje się przy użyciu megafonu zagrała znana z Fargo Frances McDormand, której ( nie zrozumcie mnie źle) aparycja bardzo mi przeszkadza, przez co ciężko mi ją uczciwie oceniać. Pojawia się też w epizodzie Tilda Swinton jako Opieka Społeczna. Jej postać jest metaforą całej instytucji, okrutnej machiny, gdzie liczą się tylko statystyki i jakieś chore metody wychowywania sierot. Jest jeszcze typ w czerwonym płaszczu (Bob Balaban), który gada do kamery i pełni rolę narratora.  Pojawiają się też Jason Schwartzman jako ekscentryczny kuzyn Ben oraz Harvey Kietel w roli harcerskiego naczelnika.

Chociaż film ten opowiada również o rzeczach przykrych i smutnych to dla mnie był trochę jak takie pozytywne ciepłe kluchy. Oglądało mi się go bardzo przyjemnie. Obraz mnie zrelaksował i pozwolił poczuć się ciepło i spokojnie. Cieszę się, że w końcu po długiej przerwie znowu sięgnąłem po film z Billem Murray`em. Muszę przyznać, że jest w formie. Na początku już zwraca uwagę widza bardzo ciekawy dom, po którym przechadza się pewien młodzieniec w szlafroku. Twórcy postawili na bardzo żywe kolory. To bardzo kolorowy obraz, pełen ciepłych barw, choć nie zabrakło też mrocznych scen. Niektóre ujęcia bardzo fajnie, muzycznie podkreśla ścieżka dzwiękowa z bębnami w tle. Mamy tutaj też do czynienia z motywami miłosnymi. Dziecięce uczucie głównych postaci, wypalona miłość rodziców Suzy i niespełnione „coś” pomiędzy matką Suzy a kapitanem Sharpem. Film zachwyca pod względem realizatorskim, bardzo dużą uwagę przyłożono do rekwizytów i scenografii, jest dużo zdjęć kręconych z szyn – co bardzo lubię. Jest też kilka scen zabawnych, które nie są nachalne i nie karzą nam się na siłę śmiać. Podsumowując, aktorsko film wypada też całkiem nieźle. Amerykanie mają strasznie zdolne dzieciaki.

Zachęcam Was do sprawdzenia tego tytułu, troszkę bajkowy klimat, dość nostalgiczny scenariusz i scena, dancingu na plaży :). Zdradzę, że wszystko kończy się happyendem.