Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (Moonrise Kingdom) – 2012

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson, Roman Coppola

Produkcja: USA

Gatunek: komedia, dramat

Moja ocena: 6/10

Kochankowie z księżyca to pierwszy film Wesa Andersona jaki przyszło mi zobaczyć. Z perspektywy tego tytułu muszę przyznać, że reżyserko jest to bardzo staranna i solidna produkcja. Największe wrażenie w filmie zrobiły na mnie zdjęcia i montaż. Gdybym oceniał filmy tylko pod względem technicznym to ta opowieść otrzymałaby ode mnie znacznie wyższą ocenę. Przed seansem byłem rozochocony wieloma recenzjami, które prawie, że w większości rozpływały się nad geniuszem Wesa Andersona i tego filmu. Moje spotkanie z Moonrise Kingdom nie było aż tak cudowne, ale na prawdę przyjemne. Ostatecznie było całkiem, całkiem nieźle.

Film opowiada nam historię osadzoną w latach 60. Sam (Jared Gilman) oraz Suzy (Kara Hayward)  – dzieciaki mieszkające na wyspie New Penzance, postanawiają uciec z domu. Chłopak to sierota, której rodzina zastępcza chce się pozbyć. Dzieciak ma talent malarski i jest bardzo zaradny. Suzy to kochająca książki dziewczyna, która nie potrafi sobie poradzić ze swoimi emocjami, przez co często nie panuje nad swoim zachowaniem w, ma napady agresji. Potrafi na przykład wbić innemu dzieciakowi nożyczki w plecy. Para, która chciałaby szybko dorosnąć, ponieważ świat który ich teraz otacza nie jest dla nich przyjazny, w swoim towarzystwie czuje się bardzo dobrze. Oboje akceptują siebie bez wyjątków. Sam uciekając, swoją przygodę zaczął od dezercji z obozu harcerskiego, którym kierował harcmistrz Ward (Edward Norton). Typ jest niezły, popalając papierosa, przewodzi grupie harcerzy, którzy mają dopiero po kilka, maksymalnie kilkanaście lat. Swoją drogą niezły przykład ;). Oprócz niego w poszukiwania uciekinierów włącza się miejscowy szeryf – kapitan Sharp – Bruce Willis, który bardzo mile mnie zaskoczył. Po roli w Looperze tutaj udowodnił, że jest wielki. Aż mi głupio, że w niego zwątpiłem. Matkę Suzy, która z domownikami komunikuje się przy użyciu megafonu zagrała znana z Fargo Frances McDormand, której ( nie zrozumcie mnie źle) aparycja bardzo mi przeszkadza, przez co ciężko mi ją uczciwie oceniać. Pojawia się też w epizodzie Tilda Swinton jako Opieka Społeczna. Jej postać jest metaforą całej instytucji, okrutnej machiny, gdzie liczą się tylko statystyki i jakieś chore metody wychowywania sierot. Jest jeszcze typ w czerwonym płaszczu (Bob Balaban), który gada do kamery i pełni rolę narratora.  Pojawiają się też Jason Schwartzman jako ekscentryczny kuzyn Ben oraz Harvey Kietel w roli harcerskiego naczelnika.

Chociaż film ten opowiada również o rzeczach przykrych i smutnych to dla mnie był trochę jak takie pozytywne ciepłe kluchy. Oglądało mi się go bardzo przyjemnie. Obraz mnie zrelaksował i pozwolił poczuć się ciepło i spokojnie. Cieszę się, że w końcu po długiej przerwie znowu sięgnąłem po film z Billem Murray`em. Muszę przyznać, że jest w formie. Na początku już zwraca uwagę widza bardzo ciekawy dom, po którym przechadza się pewien młodzieniec w szlafroku. Twórcy postawili na bardzo żywe kolory. To bardzo kolorowy obraz, pełen ciepłych barw, choć nie zabrakło też mrocznych scen. Niektóre ujęcia bardzo fajnie, muzycznie podkreśla ścieżka dzwiękowa z bębnami w tle. Mamy tutaj też do czynienia z motywami miłosnymi. Dziecięce uczucie głównych postaci, wypalona miłość rodziców Suzy i niespełnione „coś” pomiędzy matką Suzy a kapitanem Sharpem. Film zachwyca pod względem realizatorskim, bardzo dużą uwagę przyłożono do rekwizytów i scenografii, jest dużo zdjęć kręconych z szyn – co bardzo lubię. Jest też kilka scen zabawnych, które nie są nachalne i nie karzą nam się na siłę śmiać. Podsumowując, aktorsko film wypada też całkiem nieźle. Amerykanie mają strasznie zdolne dzieciaki.

Zachęcam Was do sprawdzenia tego tytułu, troszkę bajkowy klimat, dość nostalgiczny scenariusz i scena, dancingu na plaży :). Zdradzę, że wszystko kończy się happyendem.

Reklamy

Looper – Pętla czasu (Looper) – 2012

Reżyseria: Rian Johnson

Scenariusz: Rian Johnson

Produkcja: Chiny, USA

Gatunek: akcja, sci-fi

Moja ocena: 3/10

Wiem, że stosunkowo niska ocena. Może wczoraj byłem bardzo zmęczony, albo źle się zabrałem do tego filmu, ale do cholery, między środkiem a końcem prawie zasnąłem. Może jak kiedyś (w co wątpię) obejrzę Loopera raz jeszcze, to zmienię zdanie. Na gorąco, był to jeden z gorszych filmów jakie oglądałem w ostatnim czasie. Liczyłem na trochę więcej, nie dużo ale jednak więcej.

Najbardziej w tym tytule podobał mi się czasomierz, który do paska miał przypięty Joe (Joseph Gordon Levitt) oraz jego starsza wersja (Bruce Willis). Dowiedziałem się również, że w przyszłości narkotyki przybiorą postać kropli do oczu. Dobra ! Chodzi o to, że w przyszłości stają się możliwe podróże w czasie. Oczywiście są one nielegalne. Organizacje przestępcze dzięki nowej możliwości podróży w czasie eliminują niewygodnych ludzi. Wysyłają ich w przeszłość, a tam zajmują się nimi looperzy – zabójcy, którzy mordują ludzi odesłanych z przyszłości. Scenarzysta pokazał świat, gdzie za kilkadziesiąt lat, ludzie bezdomni i biedni będą zupełnie nietolerowani. Rian Johnson bardzo wyraźnie zaznaczył skrajną różnicę między bogatymi a biednymi. Młody Joe czeka na kolejną ofiarę, jego mocno stuningowany shotgun, wymierzony jest już w miejsce gdzie pojawić ma się przybysz z przyszłości. Człowiek pojawia się. Okazuje się, że Joe ma zabić samego siebie, tyle że z przyszłości, a jest to sprawka nowego szefa looperów Rainmana, który postanowił zamknąć wszystkie pętle. Czy Joe wykona swoją pracę, co zrobi ? O tym, jak skutecznie nie obronię Was przed tym filmem – przekonacie się sami. Główny bohater to najmłodszy w historii przyjęty do organizacji looper. Lubi nosić skórzaną kurtkę i elegancko wyglądać. Ma jak na tamte czasy dość klasyczny i archaiczny strój. Joe to trochę taki cwaniak, któremu do czasu, wydaje się że wszystko mu wolno. Będziecie w niezłym szoku jak zobaczycie postać Abe`a, szefa looperów w czasach teraźniejszości. Specjalnie nie zdradzę, kto go gra. Od razu wiedziałem, że kojarzę tego aktora, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd (hahaha!). Na szczęście z pomocą przyszła moja wspaniała małżonka. Joe, który po  pracy odpręża się w klubie często zażywa futurystyczny narkotyk – jest uzależniony. W ten sposób próbuje zapomnieć o tym co robi. Na ekranie widoczne są jego moralne rozterki.

Nie mogę wymienić plusów tego filmu. Jednym może być piękne ciało Suzie, którą zagrała Piper Perabo (Prestiż, Wygrane marzenia). Aha no i plus za charakteryzację Josepha G. Levita – jest nie do poznania. Co do gry aktorów, to nie zrobiła ona na mnie żadnego wrażenia. Joseph Gordon Levitt, na którego bardzo liczyłem, bo grać potrafi, był zaledwie poprawny. Dziadek Willis – nic nadzwyczajnego. Czy najlepsze czasy są już za nim ? Nawet bardzo utalentowana Emily Blunt, która zagrała Sarę  nie pomogła. Film ciągnie się i ciągnie. Katorgę przechodziłem choćby podczas nudnej sceny w barze – paplanina bez sensu.

W ogóle jak na taki futurystyczny klimat, to mało efektów specjalnych i ciekawych rozwiązań. Miałem Was przestrzec przed tym filmem, ale wiecie co, obejrzyjcie i powiedźcie mi czy moja dzisiejsza ocena jest wynikiem zmęczenia czy też nie. Bo ja na prawdę nie sądzę, iż mógłbym Loopera ocenić wyżej. Zastanawiałem się co prawda nad oczkiem wyżej, ale 4/10 dostał ode mnie wcześniej opisany Dyktator a na nim spać mi się jakoś nie chciało.

Dyktator (The Dictator) – 2012

Reżyseria: Larry Charles

Scenariusz: Sacha Baron Cohen, Alec Berg, David Mandel, Jeff Schaffer

Produkcja: USA

Gatunek: komedia

Moja ocena: 4/10

Ostatnio znajomy zapytał mnie, czy nie mam tego filmu, bo chciałby pożyczyć. Nie miałem, ale postanowiłem mieć. No i tak właśnie trafiłem na Dyktatora i obejrzałem go, na końcu stwierdzając, że w ostateczności ujdzie. Widziałem wcześniejsze komedie z Baronem i jego choćby specyficzny Bruno, oprócz obleśnych i wulgarnych na potęgę elementów był momentami na prawdę śmieszny. Mini-seria Ali G, też była zabawna. Natomiast w najnowszym filmie powodów do śmiechu jest już nie zbyt dużo. W tym filmie, kreowana przez aktora postać przybiera praktycznie taki sam charakter oraz wyraz twarzy jak przy wcześniejszych produkcjach. SBC często po prostu w produkcjach ze swoim udziałem bywa taki sam.

Mamy tutaj do czynienia z perypetiami Aladeena (Sacha Baron Cohen) władcy państwa Wadiya, bogatego w ropę i rządzonego, co się okazuje nie do końca prawdą, żelazną ręka uczulonego na demokrację dyktatora. Podczas wizyty na szczycie ONZ zdradzony przez swojego wuja Tamira (Ben Kingsley), trafia na nowojorskie ulice, a jego miejsce zajmuje sobowtór. Jak Aladeen poradzi sobie w nowej rzeczywistości i czy odzyska władzę, sprawdźcie sami. Jedno mogę Wam zdradzić, do samego końca nie będzie tolerował demokracji. A jego ukochaną nowojorską żonę spotka pewna niespodzianka.

Filmową Zoey zagrała Anna Faris, która kojarzy mi się jedynie z postacią kompletnie nie inteligentnej blondynki ze Strasznego filmu. Nie wiem co by musiała zrobić, żebym odkleił od niej taką łatkę. Także w tym filmie niczym nie zachwyciła. Chociaż tępą to ona potrafi zagrać jak mało kto. Sacha Baron Cohen jakiś taki nijaki. Można się było spokojnie spodziewać takiej właśnie roli, ze strony tego aktora. Poziom aktorstwa podnosi nieco Ben Kingsley (bardzo lubię tego pana!), jego postać jest wyrazista i dobrze zagrana. Co do reżysera to zrobił on kolejny podobny film, do swoich poprzednich produkcji, zbliżona konwencja. Trochę się gość sam szufladkuje.

Jeżeli nie macie za dużego wyboru, albo nie oczekujecie czegoś ambitnego, albo chcecie wyłączyć mózg i odpocząć, to możecie odpalić Dyktatora. Jeżeli jesteście zwolennikami filmów z porządną fabułą, wyśmienitym aktorstwem, wolicie dramaty, lub nawet komedie ale te na prawdę dobre, to zapomnijcie o tym tytule i nie tracie swojego czasu. Tak jak mówiłem – UJDZIE , ale nic więcej !

Gangster (Lawless) – 2012

Reżyseria: John Hillcoat

Scenariusz: Nick Cave

Produkcja: USA

Gatunek: dramat, kryminał

Moja ocena: 7/10

Film ten obejrzałem wczoraj wieczorem. Zabrałem się za niego zainspirowany recenzjami Klapserki z bloga Apetyt na film oraz Pawła z Filmowego Abecadła. Odnośniki do ich stron znajdziecie na pasku bocznym pod wstęgą z napisem: czytałem. Zacznę od tego, że pomimo iż dość powściągliwe recenzje wspomnianych blogerów, to jednak bardziej niż przychylne – rozbudziły we mnie spore nadzieje na porządne kino. Pod jednym względem było to coś wyjątkowego wspaniałego, ale o tym za chwile.

Gangster (brawa dla ludzi zajmujących się tłumaczeniem tytułów) opowiada historię trzech braci Bondurant. Najstarszy Forrest (Tom Hardy), średni Howard (Jason Clarke) i najmłodszy Jack (Shia LaBeouf), z gracją produkują i szmuglują bimber w czasach amerykańskiej prohibicji. Na samym początku filmu pojawia się informacja, iż Gangster oparty jest na faktach, co dodatkowo podkręca atmosferę. Na dodatek niezła sceneria i klimatyczny soundtrack zabierają nas w sam środek wydarzeń. Wśród mieszkańców miasteczka krąży legenda o nieśmiertelności braci Bondurant, w co najmocniej wierzy sam Forrest. Najmłodszy z braci spełnia również rolę narratora. Postać grana przez Toma Hardy`ego jest twarda i zarazem bezwzględna, momentami nawet bardzo brutalna. Z resztą brutalność to drugie imię tego filmu, jest wiele agresji i przemocy oraz upływa sporo krwi. Scena z kuzynem Spoonsem, którego całe ciało pokryte jest smołą i piórami jest bardzo okrutna. Nawet chyba bardziej niż te z dużą ilością krwi. Nie zabrakło również wątków miłosnych młody Jack wlepia swoje wielkie ciemne oczy w Berthe (Mia Wasikowski), w której od razu się zakochuje. Natomiast kuszony przez rudą piękność z Chicago Maggie(Jessica Chastain) Forrest, w końcu ulega jej urokowi. Kiedy skorumpowany prokurator nakazuje bimbrownikom płacić myto,wszyscy oprócz braci poddają się temu nakazowi. I tutaj zaczyna się problem i krwawa jatka. Jak dla mnie najsmutniejszą sceną w całym filmie, było zabójstwo Cricketa(Dane DeHaan). Biedakowi skręcił kark podły i paskudny Rakes (Guy Pearce).  Forrest wychodzi obronną ręka z próby zabójstwa go przez dwóch bandziorów, którzy podcięli mu gardło. Na pamiątkę zostaje mu wielka, gruba nierówno zszyta blizna, która robi wrażeni. Gość zostaje kilkakrotnie postrzelony, co też nie kończy jego żywotu. Czy na prawdę najstarszy z braci jest nieśmiertelny ? Przekonajcie się sami.

Co jest największym plusem i magnesem tego filmu ? Ano gra wszystkich aktorów. Nawet tych na dziesiątym czy dalszym planie. To, że każda postać bez wyjątku została zagrana bardzo dobrze jest niewątpliwie fenomenem. Tom Hardy pokazał nam twardego i bezwzględnego bimbrownika z klasą, który zawsze zachowuje kamienny wyraz twarzy. Jason Clarke zagrał trochę szalonego Howarda, który potrafił ostro przypierdolić i zrobić niezłą siekę (czy wam też się wydaje, że był najmniej rozgarnięty z rodzeństwa?). Shia LaBeouf, jest moim pupilem, dlatego mógłbym słodzić w nieskończoność. Chłopak ma talent. Choć myślę, że czas zerwać z wizerunkiem wciąż nastolatka. Niesamowity Guy Pearce nadał Rakesowi odrażający charakter. Typ od samego początku działa na nerwy. Wyuzdana Maggie to zasługa J. Chastain, znanej z Drzewa życia Służących. Mia Wasikowski rozwija się w nadzwyczajnym tempie. Jest teraz na topie, zresztą zakontraktowała już kilka tytułów na 2013. Potrafi zagrać sprawiającą nad wyraz grzeczną i ułożoną dziewczynę, która okazuje się całkiem normalna. Mi najbardziej do gustu przypadła postać Crickieta, grana przez Dane`a DeHaana. Ten aktor musi być w prawdziwym życiu chyba lekko szajbnięty, no bo jak można zagrać tak fantastycznie, tak prawdziwie ? Producenci wytoczyli przeciwko widzowi potężne działo, fantastyczną armię wybitnych i zdolnych aktorów.  A! zapomniałbym wspomnieć jeszcze o udziale Gary`ego Oldmana. Też dobrze zagrana postać. Ale bardzo jej mało na ekranie. Co do reżyserii, to nie wiele mogę o niej powiedzieć, oprócz tego, że Hillcoatowi udało się mnie zabrać w podróż do czasów prohibicji, gdzie często brudni i spoceni bimbrownicy pędzili księżycówkę, gdzie wszyscy chodzili w kapeluszach a w tle przewijała się Coca-Cola.

Sięgając po ten tytuł nie zawiedziesz się, jest to kino z górnej półki, które mogę śmiało polecić. Główni bohaterowie nie stronili od napitku, a więc ty też możesz do filmu wypić szklankę dobrej amerykańskiej whisky. No chyba, że pędzisz bimber . . .

Kaznodzieja z karabinem (Machine Gun Preacher) – 2011

Reży

Reżyseria: Marc Foster

Scenariusz: Jason Keller

Produkcja: USA

Gatunek: biograficzny, dramat, kryminał, akcja

Moja ocena 6/10

Jak się teraz zastanowiłem  to jest to trochę film propagandowy, nieco w stylu amerykańskich produkcji przedstawiających Wujka Sama i jego mieszkańców w wyjątkowo dobrym świetle. Chociaż może przesadzam, sam nie wiem. Obraz ten jest oparty na faktach i opowiada historię żyjącego Sama Childersa, byłego członka gangu motocyklowego, założyciela fundacji Angels od East Africa, która zajmuje się ratowaniem dzieci w Sudanie Południowym i Ugandzie. Po odsiadce w więzieniu i zdarzeniu, w którym główny bohater próbuje zasztyletować pewnego gościa, Sam doznaje przemiany. Zaczyna chodzić do kościoła. Pewnego razu słyszy opowieść misjonarza o pracy w Afryce. Postanawia sam udać się na misję. Jego nowe zadanie przysłania mu potrzeby i pragnienia własnej rodziny. Główny bohater chorobliwie oddaje się walce z bezwzględną grupą Josepha Kony – autentycznego zbrodniarza i ludobójcy.

Nie jestem przekonany co do tak stanowczej przemiany Sama Childersa (Gerard Butler). Butler a raczej postać w którą się wcielił  była zatwardziałym kryminalistą, narkomanem, który dla dragów zrobiłby wszystko, nie szanował swojej żony i matki. W końcu stał się czystym jak łza człowiekiem pełnym wiary, dobroci aby na koniec zamienić się w fanatyka działań w Afryce. Trochę za duży przeskok jak dla mnie. Butler swoją grą stworzył za bardzo różne wcielenia jednej postaci. Jak dla mnie ta kreacja była za mało spójna. Poza tym, za bardzo nie mam się do czego przyczepić. Solidna reżyseria twórcy Marzyciela , poprawny scenariusz i na prawdę niezłe zdjęcia.

Znalazłem, również bardzo fajną ciekawostkę na portalu filmweb: Na plakacie filmu widnieje napis: „I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie” (JW 19:48) („And I will strike down upon thee with great vengeance and furious anger”). Są to słowa zaczerpnięte z wypowiedzi jednego z głównych bohaterów filmu „Pulp Fiction” Julesa Winnfielda granego przez Samuela L. Jacksona. Informacja w nawiasie natomiast zawiera inicjały głównej postaci oraz minutę i sekundę filmu, w którym padły te słowa.

Jeżeli wierzycie w uzdrawianie świata, walkę ze złem, albo po prostu lubicie historie oparte na faktach to jest to film dla Was. Ja ponownie nie sięgnę po ten tytuł. Pomimo tego wszystkiego – niezły.

Underworld: Przebudzenie (Underworld: Awakening) – 2012

Reżyseria: Mans Marlind, Bjorn Stein

Scenariusz: John Hlavin, J. Michael Straczynski, Allison Burnett, Len Wieseman

Produkcja: USA

Gatunek: horror, akcja

Moja ocena: 8/10

Na początku przyznam się, że jestem fanem całej serii Underworld i choć jeszcze nic nie słyszałem o planach to czekam już na kolejną część. W najnowszej odsłonie już chyba kultowej sagi o wampirach (nie mylić z tym popularnym romansidłem) Selena budzi się po 15 latach hibernacji. Na świecie ludzie już wiedzą o istnieniu istot odmiennych od ludzi, społeczeństwo zna wampirów i lykanów. Po przebudzeniu czeka na główną bohaterkę nie lada niespodzianka. Okazuje się, że w centrum badawczym gdzie przez 15 lat przetrzymywana była Selena, dorastała jej córka – Eve.

Film ponownie utrzymany jest w mrocznej konwencji gdzie w obrazie przez cały czas przeważają ciemne barwy. Początkowo mi to przeszkadzało, ale już przy czwartej odsłonie jestem do tego przyzwyczajony i mi to nie przeszkadza. O reżyserach tej części nie mogę powiedzieć zbyt wiele ponieważ ich kompletnie nie znam. Na pewno nie zniszczyli jakości Underworld`a. Kate Beckinsale jak zwykle w formie, chociaż ja zauważyłem już w tej części upływ lat. Twarz Seleny pomimo pewnie specjalistycznego make up`u nie jest już taka jak w poprzednich częściach. Nie zawiódł mnie również Charles Dance, którego Thomas jest bardzo mroczną i charakterystyczną postacią. Moje wielkie nadzieje, co do dalszej kariery rozbudziła India Eisley, która zagrała córkę Seleny – Evę. Dziewczyna ma coś w spojrzeniu. Brawa dla speców od efektów, dzięki którym twarz Evy podczas przemiany nabiera fantastycznego wyrazu.

Jedna uwaga. Chociaż film trwa 1 godzinę i 28 minut, to kiedy skończyłem seans, było mi przykro, że to już koniec. Akcja toczy się bardzo szybko, a ja bym chciał napawać się klimatem filmu trochę dłużej. Ogólnie jak najbardziej polecam.

Niesamowity Spider-Man (The Amazing Spider-Man) – 2012

Reżyseria: Marc Webb

Scenariusz:  James Vanderbilt, Alvin Sargent, Steve Kloves

Produkcja: USA

Gatunek: akcja, sci-fi

Moja ocena: 6/10

Najnowszy film o człowieku pająku jest po prostu dobry. W sam raz na leniwe popołudnie lub wieczór.  Obraz ten ogląda się bardzo przyjemnie, bez większego wkładu jako widza. Niesamowity Spider-Man to pierwszy film z nowej serii o superbohaterze, który wyczynia efektowne akrobacje za pomocą pajęczej sieci. Kilka informacji, otóż w nowej koncepcji Peter Parker (Andrew Garfield) zaczyna swoją przygodę z pajęczym wcieleniem już w liceum. Początkowo nad nową odsłoną pracował reżyser poprzedniej trylogii Sam Raimi, jak podają media twórca jednak wycofał się z tego projektu. W sieci krążą plotki, że Raimi oraz Tobey Maguire nie godząc się na znaczącą ingerencję studia filmowego w nową część przygód, zostali po prostu wyrzuceni z załogi pracującej na filmem. Parker, który próbuje dowiedzieć się , dlaczego został oddany pod opiekę wujków, oraz chce dociec co stało się z jego rodzicami trafia na Curta Connorsa (Rhys Ifans).  Człowiek ten kiedyś był bardzo bliskim współpracownikiem ojca naszego głównego bohatera. Młody Parker zostaje przypadkowo ukąszony przez pająka o zmodyfikowanym DNA i tak zaczyna się cała historia.

Co do strony technicznej filmu, to efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, do którego przyzwyczaiły nas już poprzednie części. Obawiałem się czy młody Andrew Gargield udźwignie kultową dla wielu fanów komiksu postać. Udało mu się to wyjątkowo dobrze, jak dla mnie był nawet lepszy od poprzednika. Garfield stworzył postać żywiołową i pełną ekspresji. Parker nie jest już taką pierdołą jak za czasów Maguira. Teraz bohater jest przebojowy i ma po prostu jaja. Już po The Social Network wiedziałem, że z Andrew będą ludzie. Ciekawym zaskoczeniem jak dla mnie było obsadzenie w tej marvelowskiej produkcji Martina Sheena i Sally Field w rolach wujostwa Petera. Zupełnie nie pasowali mi do konwencji adaptacji komiksu o człowieku – pająku, a jednak po obejrzeniu filmu uważam, że byli perfekcyjnie wpasowani i fabułę i całość obrazu. Postać ukochanej spider-mana tym razem zagrała młoda, zdolna i obiecująca aktorka Emma Stone. Dziewczynę wystąpiła w głośnych Służących. Podsumowując grę aktorów nie było to coś niebywale wyjątkowego ale gra stała na całkiem przyzwoitym poziomie. Było pod tym względem na prawdę OK. Co do efektów specjalnych jest bardzo dobrze i wystarczy zobaczyć efekt na ekranie, każdy przekona się, że jest bardzo dobrze.

Muzykę do filmu stworzył uznany kompozytor James Horner, którego nuty podziwiać można w Titanicu, Avatarze czy Apollo 13.  Tak się składa, iż większość filmów z muzyką tego pana jest powyżej przeciętnego kina. Jedna rada na koniec dla wszystkich, którzy tego tytułu jeszcze nie widzieli. Omijajcie szerokim łukiem wersję z polskim dubbingiem – niszczy cały film. W ogóle nie oglądajcie filmów z dubbingiem (z wyjątkiem może Shreka). Nie ma to jak oryginalna ścieżka. Amen.